Jaki ładny śmieć!
[info]w_szklarni
"No, siedzimy sobie. Nic się nie dzieje. I rozmawiamy. O niczym. Nic się nie dzieje. Siedzimy. Przyjemnie jest..." [Maciej Sztur, skecz o rozmowie przez telefon]



Powyższy fragment dość dobrze przedstawia co się ostatnio działo. Ah, kilka dni nie padało (ale już wszystko wróciło do normy, czyli pada; a jak jest zimno i pada to się nie chce do miasta jechać, szczególnie, że drobne zakupy i bankomat sa na miejscu...).
Wszystko jakoś się dobrze toczy: mam już zarysy projektów na niektóre z zajęć, temat i termin prezentacji na naukoznawstwo... muszę sobie kupić takie małe przyklejane żółte karteczki i wypisywać co na kiedy trzeba zrobić i zdejmować jak mam już przygotowane. I kupić albo pożyczyć od kogoś kawałek dwustronnej taśmy klejącej do powieszenia dwóch plakatów przedstawiających drzeworyty japońskie (nie mogłam patrzeć na te wielkie puste białe powierzchnie ścian i sufitu a tu akurat na uczelni sprzedawali niedrogo plakaty...). Okazuje sie też, że zarówno z chórem jak i z Enseblingami będziemy śpiewać koncert 28 stycznia; zaprosiłabym, ale komu się będzie chciało tu pchać... (z chórem też zaśpiewamy część repertuaru dla absolwentów gdzies na początku grudnia).

W weekend z kolegą pozwiedzaliśmy Bielefeld (zgubiliśmy się tylko dwa razy!) ; wbrew szczerym chęciom nie dotarliśmy do zamku, w związku z czym będę musiała poczekać ze zwiedzaniem podziemi do wiosny (bo od wczoraj zamnknięte).

Dziś natomiast, przechodząc koło gratowni, dokonałam interesującego odkrycia. Najpierw zobaczyłam kosz, który przydałby nam się do segregowania śmieci; niestety, okazało się, że był zardzewiały. Wtedy jednak mój wzrok przykuło coś innego. Najpierw myślałam, że to pergola i chciałam wziąć, żeby zrobić sobie parawanik i oddzielić wizualnie umywalkę od reszty pokoju. Przy biższym zapoznaniu okazało się jednak, że to coś zupełnie innego...
PÓŁECZKI!

Półtorej godziny zrywania powoju, wyganiania szczypawek i zmywania błota (oraz pół godziny suszenia) później....:




[jak zwykle przepraszam za jakość zdjęć; komórka to nie aparat :

Ah, tak, w ostatni weekend jakoś mnie wzięło i (znów) przemeblowałam pokój. Jest teraz o wiele wygodniej i nie boję się, że deszcz zaleje mi przedłużacz i zasilacze (oraz mam łatwe dojście do okna i Edwarda).

Co mnie intryguje... czy tu nie ma skupu złomu? Ta konstrukcja jest naprawdę ciężka, szczególnie biorąc pod uwagę niewinny wygląd, aż trudno uwieżyć, żeby ktoś chciał się tak po prostu pozbyć (i raczej NIE pochodzi to z mieszkania studenckiego, tylko ktoś podrzucił, bo nie chciał płacić za śmieci). To znaczy, nie żebym narzekała, wręcz przeciwnie :) Ile osób może powiedzieć, że ma kute półeczki na książki? Aż żal będzie to tu zostawić, pięknie by się prezentowało w ogrodzie z jakimiś kiwatamy wylewającym się falą ze stojącej na półce doniczki...

Z ciekawostek kulinarnych: w czwartek wracając ciemnym wieczorej z zajęć widziałam znów biegającego dokoła zająca. W tym samym momencie spotkałam współlokatora, który powiedział, że zając ten w ogóle ma tendencje do biegania tam wieczorem i prawdopodobnie mieszka w jednym z krzaków (lub jamie pod nim).
Następnego dnia widziałam buszujące w trawie i krzakach (co najmniej) trzy szczurki. Szczurki były przeurocze, aż chwilę stanęłam i się pogapiłam :)
Byle nie wlazły do mieszkania...


Tags:

Część dziesiąta: rutyna
[info]w_szklarni

No tak, jak wiele osób uważało za konieczne przypomnieć mi, minęło już trochę czasu od ostatniego wpisu. Oj, co to się nie działo!
Właściwie wcale nie tak dużo.
Ostatnie dwa tygodnie zajęć minęły spokojnie i jakoś leniwie. Po drodze pogoda zaczęła się pogarszać i, oczywiście, musiałam się pochorować. Przedwczoraj uświadomiłam sobie, że to jednak nie było przeziębienie, ale prawdziwa grypa (przedwczoraj dlatego, że lekko sie podziębiłam i teraz koegzystuję z katarem); do tego możliwe, że naprawdę świńska (sądząc po pewnych dodatkowych objawach, których zazwyczaj nie miałam przy grypie). Jednak to już przeszłość, ogonek mi nie wyrósł, a co się naoglądałam Herosów w internecie przez te trzy dni, kiedy leżałam w łóżku,, to moje.

Kliknij itd. )


Część dziewiąta: zdjęcia
[info]w_szklarni
No więc nadszedł ten niecierpliwie oczekiwany przez wielu dzień i umieszczam zdjęcia. Nie wszystkie, jakie robiłam, ale jakiś tuzin jest tak zaziarnowany, że i tak nic nie widać. Cóż, moja Nokia to telefon, nie komputer, i jeśli nie ma idealnego oświetlenia to... zresztą, sami zobaczycie.



Kliknij, żeby zobaczyć zdjęcia )

Ponieważ Livejournal ma brzydką tendencję do zmiejszania zdjęć, wększe wersje niektórych można zobaczyć tutaj: pics.livejournal.com/w_szklarni/gallery/0000sbs0 (dwie strony)




Tags:

Cześc ósma: zamek i zmiana klimatu
[info]w_szklarni
Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu: prawdą jest, że albo byłam zbyt zajęta, albo nie miałam weny pisać. Teraz też powinnam robić zadanie domowe, ale prokrastynacja to piękna rzecz...

Historię naszą rozpoczynamy w miejscu, gdzie się urwała, czyli w poprzendini weekend.
Niestety, pchli targ nie do końca się udał. Radość z odzyskania internetu sprawiła, że nieco straciłam poczucie czasu i...
W sobotę mieliśmy zwiedzać miasto. Zbiórka o 12.
Obudziłam się.. co ciekawe, gdzieś po 10 zapukał do mnie Loic spytać się o coś, i stwierdziłam, że wstanę, ubiorę się, pójdę na targ a potem na zbiórkę. Tylko czemu to światło tak razi w oczy... Przymknę je na chwilę.

Chwila trwała do 11:40. Na początku jeszcze się łudziłam, że zdążę przecież ubrać się w 15 minut i w 5 dojść na uniwersytet, ale gdy mój wzrok padł na program okazało się, że zbiórka jest pod Ratuszem.
W centrum.

W programie wycieczki był jednak zamek w związku z czym MUSIAŁAM tam dotrzeć. W metrze, zajadając Ritter Sporta jako śniadanie, spotkałam jeszcze dwie takie sierotki jak ja, i jedna nawet miała kontakt z kimś, kto był na wycieczce (na razie jeszcze nie wszyscy są wyposażeni w telefon miejscowe, i ja też nie byłam). Kiedy dojechaliśmy do Ratusza okazało się, że grupa dopiero ruszyła i dogoniliśmy ich w minutę (potem dowiedziałam się, że przewodniczka też się spóźniła).
Wycieczka nie była na tyle ciekawa, by ją opisywać (zameczek jest uroczy, musze się jescze wybrać zwiedzić podziemne kwatery); dowiedziałam się jednak wreszcie dlaczego Bielefeld nie istnieje.
Co ciekawe, nie znalazłam żadnej informacji po polsku o tym, że Bielefeld nie istnieje (tym, którzy znają angielski polecam google i "bielefeld does not exist" albo "bielefeld conspiracy"). Żeby nie rozwodzić się za bardzo: jest to efektem pewnego eksperymentu socjologicznego w sieci: studenci zastanawial się, jak działają teorie spiskowe i rozpuścili twierdzenie, że Bielefeld nie istnieje. Znalazło ono niesamowicie podatny grunt i wiele ciekwaych teorii spiskowych rozwinęło się przez lata (a uzasadnienie "uniwersytet to tak naprawdę rozbity statek kosmiczny" wcale nie wydaje się tak nierealne; hmm, muszę wreszcie zrzucić zdjęcia na komputer, może jutro to zrobię).
Następny tydzień przebiegł mi spokojnie i leniwie (włączając wyprawy do Reala i inne ciekawe wydarzenia niewarte uwagi). W środę wybrałam się na tae-kwon-do; w miarę mi się podobało, wymęczyłam się bardzo, ale tak naprawdę moją uwagę przyciągnęła capoiera, która zaczęła się potem w tej samej sali; jedynym powodem, dla którego się waham na co jutro iść jest fakt, że caopiera jest od 20:30-22:00...
Niestety, trening okazał się mieć nieprzewidziane skutki; nie wiem na ile bezpośrednie, nie wiem, na ile to po prostu zmęczony organizm dał się zaatakować; faktem jest, że, jak już wiecie, zaatakowało mnie COŚ. Grypa? Przeziębienie? Świńska grypa? Cokolwiek to było, rozłożyło mnie porządnie. W czwartek jeszcze zaczłapałam się do apteki (wydając resztki pieniędzy na leki), w piątek jednak nie byłam w stanie wygrzebać się z łóżka na zajęcia. Piątek i sobotę spędziłam w łóżku, na lekach, oglądając trzecią serię Herosów (lub śpiąc). W niedzielę już wygrzebałam się z pościeli, wciąż jednak nie opuszczałam lokum (i tak nie było po co: zimno a sklepy pozamykane) i zaliczyłam jeszcze parę odcinków Herosów (jestem na końcówce czwartej serii; wciąż jest ciekawie, nie rozłazi się jak Lost/Zagubieni).
Nowy tydzień zaczęłam z głębokim entuzjazmem (kto w to uwierzy?) z aspiryną w kieszeni, ale rankiem udałam się na zajęcia (zalezy mi na obecności, bo możemy dostać 3 punkty ETCS za te 3,5 tygodnia, pod warunkiem, że będiemy mieć nie więcej niż 4 nieobecności) z nowym prowadzącym.  W stanie jeszcze podziębieniowym przespałam 4 dzwonienia budzika i ostatecznie spóźniłam się cztery minuty; prowadzący jednak wszedł 5 minut po rozpoczęciu zajęć, więc nikt pretensji nie miał ;) W przerwie udałam sie do computer labu i upewniłam się, że przelew jeszcze gdzieś się ślimaczy po drodze, więc z resztką gotówki udałam się na poczukiwanie Aldiego, bo ponoć jest jeden biżej, niż w centrum. Ponoć, bo nie znalazłam go; znalazłam za to piękny ogród różany, dwa przystanki od mojego lokum. Przeszłam się po owym ogorodzie (parku?) rozmyślając nad tym, czego dowiedziałam się od innych polskich studentów.
Otóż okazuje się, że wszyscy, których pytałam otrzymują stypendium od września! Ja przy podpisywaniu umowy kilka razy mówiłam, że kurs jest organizowany przez uczelnię, ale koordynatorka powiedziała mi, że umowa obejmuje czas trwania zajęć w semestrze i dlatego moja umowa obowiązuje od 1 października. Nie dziwiłam się, jak dowiedziałam sie od ludzi z Rzeszowa czy Wrocławia, że u nich to wyglądało inaczej (i mają także nieco inną wyskośc stypendium - tu akurat a wygrywam, hehe) ale DWOJE studentów  z UAMu też ma stypendium od września. I nie mieli z tym żadnych problemów!
Przyznam, że czuję sie oszukana. Zastnawiam się teraz, czy dochodzić swojego, napisać do głównego koordynatora Erazmusa na uczelni, skoro mój wydziałowy dał tyłka? Tak patrzę w umowę i tu stoi napisane "W przypadku, kiedy udokumentowany zaświadczeniem z uczelni przyjmującej pobyt będzie inny niż w pkt 3. (czyli tam gdzie stoi, że od 1 paździerza) kwota stypendium może ulec zmianie w zaokrągleniu do 1 miesiąca". Otóż mam tu w łapsku papier zaświadczający, że jestem tu od 10 września, a International Office z pewnością nie będzie sprawiało problemów, żeby potwierdzić, że uczęszczam na zajęcia organizowane przez uczelnię. Skoro gniję tutaj i kuję już prawie trzy tygodnie to chyba mam prawo? Proszę, powiedzcie, może ja to źle interpretuję? Te pieniądze naprawdę by się przydały, nie musiałabym dręczyć rodziców przez dłuuuuugi czaaaaas. Hmm, to może ja jednak napiszę; najwyżej powiedzą nie, a z odległości 500 km to mnie nikt nie pogryzie. Chyba.
Wieczorkiem przelew przybył! W związku z czym dzisiaj wybrałam się po zakupy do Reala (poprzednim razem pojechałam tylko sprawdzić, gdzie to jest - jechaliśmy chyba w 10 osób i tylko jedna wiedziała; Aldi i Penny markt może są dobre do pewnych zakupów, ale na porządne trzeba się wybrać do większego marketu) i kupiłam sobie jedzonko. KALAREPKA! Pyszna! *chrup chrup* Wracając zgubiłam się znowu (wsiadłam nie w ten tramwaj co trzeba) i naprawdę, jeszcze dwa-trzy zgubienia się i poznam Bielefeld całkiem nieźle. Połaziłabym nawet, gdyby nie ciężkie siatki i.. deszcz.
Deszcz, plucha, mrzawka - typowo Bielefeldowa pogoda. Trudno uwierzyć, że kilka dni temu słońce świeciło raźno (a ja kisiłam się w domu, chora) a teraz zimno i mokro. Jeszcze nie czuję się zupełnie zdrowa, więc staram się uważać; niestety otwarte okno kusi: Bielefeld znajduje się obok (albo: przeplata się z, jeśli biorąc pod uwagę moje okolice) lasu Teuterburger wald (może się inaczej pisać). Konsekwencje tego są proste: dokoła zielono a powietrze świerze, przyjemnie wilgotne. Teraz, gdy siąpi, powietrze jest niezwykle przyjemne i po prostu aż żal zamykać okno (ale jak się zimno w nocy robi to nie ma wyjścia).

Poza tym: poznajemy się coraz lepiej z naszymi współlokatorami. Aha, dziewczna Tony'ego już dawno wyjechała; pod koniec przestała się zachowywać jak nadopiekuńcza matka (widać przekonała się, że nie pożremy jej chłopaka ;) ) a ja poznałam przyczynę jej dziwnego zachowania: okazało się, że to jej pierwszy poważny związek, milość, która napadła ich niespodziewanie... Cóż, to wiele wyjaśnia, szczególnie, gdy po roku znajomości chłopak wyjeżdża w zupełnie inne miejsce... Na pewno nie jest to łatwe.

Okazuje się, że włoszki lubią trzymać się razem; nie znaczy to, że kurczowo trzymają się siebie, ale, między innymi, uwielbiają razem przygotowywac i jeść posiłki. A, że jednak z tych włoszek mieszka u nas, zdarzyło mi się być zaproszoną na taką ucztę (żeby nie być wrednym wykorzystywaczem rozczęstowałam moją pakę markizów); tak odkryłam pesto: gotujesz sobie makaron i bierzesz pesto ze słoiczka, mieszasz... i jest pysznie! Dziś w Realu kupiłam sobie makaron i pesto z bazylią i zjadłam sobie na obiadek (z dotatkiem tuńczyka; brak jarzyn równoważę właśnie kalarepkową kolacją).
Okazuje się, że z mensy nie korzystam tak często, jak myślałam. Z pomocą puszek, mrożonek i świerzych warzyw można przygotować całkiem pożywny i zmaczny obiadek, a mensa jest dla mnie problematyczna: 2,30 EUR* to całkiem przyzwoita cena za obiad, szczególnie, że to jest do pewnego stopnia szwedzki stół, ale 11-14 to dla mnie trochę za wcześnie na obiad*** - taki, żeby się porządnie najeść, a nie będę płacić 2,30 tylko po to, żeby sobie coś poskubać. W związku z tym do mensy zwracam się w przypadkach lenistwa lub wczesnego ataku Dużego Głoda (wtedy też jako "trzecią salaterkę**" zawsze biorę owoc i zjadam go później, w domu); w innych przypadkach szykuję sobie może i prostszy, ale też i tańszy, obiadek (jak się zacznie rok akademicki to się może zmienić; mogę nie mieć czasu gotować).

Nic, nieubłagalne zbliża się pora zrobienia zadania domowego. Kończę zatem ten wyjątkowo niepoukładany wpis, aby wykorzystać resztki dzisiejszej mocy umysłowej do rozgryzania zawiłości języka niemieckiego. W tym wydaniu błędy gramatyczne i literówki gratis!

[Koniec części ósmej: zamek i zmiana klimatu]

[Objaśnienia:]

*2,30 EUR to cena dla studenta za posiłek w mensie Hochschule cośtam. Na moim uniwerku także znajduje się mensa, ale po pierwsze trzeba za nią płacić kartą, która jest problematyczna (trzeba ją ładować w okienku a potem mensa i ksero zjadają z niej pieniądze), kolejki są dość upierdliwe a wolność wyboru ogranicza się tylko do menu (3-5 w tym wegetariańskie i eintopf); fakt, że cena jest minimalnie niższa (1,50 za eintopf, 1,80-2,50 za inne) niestety nie usprawiedliwia jakości jedzenia: jest ono dokładnie tym, z czym kojarzy mi się określenie "jedzenie stołówkowe", czyli przedział od "niejadalne" do "da się ujeść, ale po co". W Hochschule natomiast to zupełnie inna bajka**.
** W Hochschule 2,30 to stała cena za obiad. Za tą cenę możemy sobie wziąć jedno danie glówne (zazwyczaj 4-5 do wyboru w tym jakies mięsko, rybka i wegetariańskie) i trzy małe salaterki. Do małych salaterek możemy włożyć wszystko; "wszystko"  zazwyczaj obejmuje: kilka rodzajów ryżu, kaszy, makaronu (z rożnymi sosami, warzywami itp.) ziemniaki w różnych formach - od gotowanych przez frytki i pieczone do zapiekanych w sosie, surówkę, sałatę (i sosy do tego), czasem (a może i zazwyczaj?) deser, zupę oraz owoc (do wyboru z kilku rodzajów: banany, kiwi, jabłka, nektarynki, śliwki itp.). Z tego co zauważyłam można sobie mieszać (oczywiście, że musiałam wziąć po troszku z prawie wszystkiego, żeby sprawdzić jak smakuje) w miseczkach z jednym wyjątkiem: jeden owoc to równowartość jednej miseczki. Wszysko jest bardzo dobre i jeśli coś nie smakuje, to jest to kwestia gustu, nie przygotowania. Tak naprawdę jest to cudowna oferta i pewnie w końcu będę korzystać dość regularnie, jak zajęcia zaczną się na dobre. Problem w tym, że ***.

***Zajęcia mamy obecnie 8:30-12 z półgodzinną przerwą koło 10. Zazwyczaj zjadam jakieś śniadanie właśnie na tej przerwie. Wiele osób idzie do mensy prost po zajęciach; dla mnie do za wcześnie na obiad, ale jak już nie pójdę, to samemu jakoś tak sie nie chce, i ostatecznie jem w domu. Z drugiej strony mensa mnie pociąga, bo oferuje dużą różnorodność jedzenia, jakiej nie uzyskam sama szykując posiłki... Teraz się tak zastanawiam, czy nie jest dobrym pomysłem jednak jeść tam, wcześniej, ale wziąć 2 owoce (i jedną miseczkę) i mieć je na później...

Przerywnik - świńska grypa?
[info]w_szklarni
Przepraszam, wiem, że dawno nie pisałam; byłam dość zajęta, a wczoraj wieczorem złapało mnie jakies choróbsko i nie chce puścić. Spędzam dzień w łóżeczku, oglądając Herosów w internecie i wypacając to, co mnie dręczy.
Nie wiem, czy powinnam w tym miejscu wspominać, że współlokator z Meksyku też się nienajlepiej czuje... Jeśli jednak ktoś zaczyna panikować, pragnę usokoić: na zeykłą grypę szczepiłam się i szczepionka akurat powinna już działać, a świńska jest o wiele mniej niebezpieczna. Oczywiście, może to być też jedynie przeziębienie. Cokolwiek to jest mam zamiar się wykurować, a nie przechodzić (nauczyłam się w zeszłym roku gdy przechodziłam przeziębienie i przeszło w zapalenie zatok i krtani).


To napisawszy zakopuję się z powrotem w barłóg, kolejną część opowieści zostawiając na inny dzień.

(A stypendium nadal ani widu ani slychu; pewnie przeleją dopiero w październiku).
Tags:

Część siódma: Edward i stara szafa
[info]w_szklarni
Cuda sie dzieją, cuda. No, może nie wyszytkie cudowne.
Kliknij, by poznać historię Edwarda i szafy )

[koniec: Część siódma: Edward i stara szafa]

Objaśnienia:

*Universitätsstraße 5 App. 8
33615 Bielefeld, Germany
Przyjmuję czeki, gotówkę, czekoladę, książki, komiksy, plakaty, materiały plastyczne (ale nie C4), zieloną herbatę i zapasowe końcówki do piórka od Wacom Bamoo. Proszę nie przysyłać owoców, wąglików, bomb, przeklętych i nawiedzonych przedmiotów, klątw w czystej postaci, roślin, zwierząt, ludzi (chyba, że spełniających konkretne wymagania), wyrobów tytoniowych oraz leków. Listy miłosne opcjonalnie; alkoholu nie warto, pewnie i tak nie dotrze, a nawet jeśli, to go rozczęstuję.

**Można tu kupic chleb, który wygląda porządnie: w piekarni. Jednak jest to wydatek jedzeniowy wyższego stopnia, a ja i tak całego bochenka nie zjem; to po co tracić pieniądze? A jak wejdę to jeszcze jakieś ciacho niedajboże kupię!

***Schudnięcie niejedno ma imię; nagle z Lki  porywach do XLki spadłam do Mki w porywach do Ski. Nie ma to jednak wiele wspólnego ze zmianą mojej wagi czy też obowodów, ale z numeracją ciuchów tutaj; a przynajmniej w tym sklepie. Nie wydaje to się mieć przełożenia w rozmiarach tutejszych kobiet... no, może poza Pam, która chyba schyla się, jak przechodzi pod jakąkolwiek framugą. Z drugiej strony dużo tutejszych nie widziałam; wszędzie pełno studentów zagranicznych.

****porozumiewamy się intrygującą mieszanką niemieckiego i angielskiego: ona mówi po niemiecku i pojedyncze słowa po angielsku, ja odwrotnie. Całkiem nieźle nam to idzie.

*****technicznie rzecz biorąc to dzisiaj, ale później. Ostatnio ktoś powiedział intyrugjące stwierdzenie "trzecia rano" na co ja spytałam "znaczy trzeca późnym wieczorem?"; czas, to rzecz względna.

Tags: ,

Przerywnik: osz w mordę
[info]w_szklarni
Wczoraj zrobiłam sobie zestawienie wydatków. Na dojazd z lotniska, przejazdy metrem, pokój, opłaty semestralne (semesterticket itd) i mensę zapłaciłam w sumie - uwaga - 414 Euro.
Ała.
Poza tym niestety wydałam już jakoś ponad 100 euro; większośc na podstawowe rzeczy, poczytanając od pasty do zębów, kończąc na kocyku, poduszce i ręczniku - czyli na rzeczy, które starczą na długo, niektóre na pewno na semestr, inne na cały pobyt.
Udało mi się zamknąć zestawienie z dokładnością do jakichś 5 Euro, co jest wynikiem niezłym, bo nie mam racuhunków z pierwszych dni.
Stypendium jeszcze nie wpłynęło; podejrzewam, że wpłynie jakoś na początku października... Z tym, co mam powinnam do tego czasu pociągnąć nawet jeśli kupię telefon. Chyba, że kupię buty... No, to jescze się zobaczy (okazuje się, że wysyłka jest droga, więc chyba się nie opłaci...). Bo poza tym, do duże wydatki się skończyły/mogą poczekać. Mam nadzieję, że stypendium jednak pojawi się wcześniej ;)
Tags:

Część szósta: zakupy i inne takie, czyli poniedziałek i wtorek
[info]w_szklarni
Witam na journalu, gdzie spisuję swoje doświadczenia i spostrzeżenia z wyjazdu na Erazmusa w sposób chaotyczny, acz, na razie, konsekwentny. Oczywiście, jest to wycinek tego, co się działo w ostatnich dniach, i tego co dopiero nadejdzie. Jeśli sądzicie, że to, co tu piszę jest rzeczywiście chaotyczne, to nawet nie wyobrażacie sobie jakie zamieszanie naprawdę tu panuje.
Przykład? Dziś odkryłam, że moja umowa na mieszkanie... dotyczy innego adresu. Gdzie mieszka kto inny. Wszystko się zgadza, tylko nie ta jedna kartka. Zatem jutro czeka mnie polowanie na, przemiłą skądinąd i bardzo pomocną, Pia z internationa Office i rozwiązanie tego problemu - czyli pewnie ponowne wydrukowanie i podpisanie umowy, bo o przeprowadzce raczej nie ma mowy.

Dla niezapoznanych z tego typu stronami (czyli z pewnością dla rodziców i cioci - pozdrawiam!) kótka instrukcja:
Pojedyncze wpisy (zwane postami) są segregowane według czasu umiesczenia. Czyli, żeby przeczytać je od początku należy zacząć od części pierwszej, która znajduje się niżej (te części pisałam razem, ale podzieliłam dla wygody czytania na krótsze rozdziały). Nowe wpisy pojawią się nad starymi i będą miały nowsze daty.
W tej chwili znajdujecie się prawdopodobnie na stronie głównej http://w-szklarni.livejournal.com/ . Aby przeczytać pojedyncze posty należy kliknąć albo na tytuł pojedynczego posta (szary na czarnym tle) albo na napis "kliknij tutaj by przeczytać część "..." który jest napisany czerwoną pogrubioną czcionką (to taka przyjemna funkcja livejournala - strony na której umieszczam ten dziennik - którą się używa by czytający mogli łatwo przeglądać i wybierac posty). 
Pod każdym postem znajdują się przyciski, które pozwalają dodać swój komentarz - nie trzeba być zarejestrowanym na stronie, aby dodawać komentarze, ale miło będzie, jeśli ci, którzy się zdecydują zidentyfikują się jakoś.
Hmm, to by było na tyle... chyba...

Zapraszam do lektury - jeśli się odważycie ;)


[Część szósta: zakupy i inne takie, czyli poniedziałek i wtorek]

 

Kliknij, żeby przeczytać część szóstą )

Część piąta: Dzień czwarty, niedziela: dziś nigdzie nie idę!!!
[info]w_szklarni
Kliknij tutaj by przeczytać część piątą )

[Koniec Części piątej: Dzień czwarty, niedziela: dziś nigdzie nie idę!!!]


Część czwarta: Dzień trzeci – na własną rękę
[info]w_szklarni
Kliknij tutaj by przeczytać część czwartą )

 

[koniec części czwartej: Dzień trzeci – na własną rękę]

Tags:

Część trzecia – dzień drugi, wizja lokalna
[info]w_szklarni
Kliknij tutaj by przeczytać część drugą )

 

[koniec części trzeciej – dzień drugi: wizja lokalna]

Tags:

Część druga – Dzień Pierwszy: międzynarodowo
[info]w_szklarni
Kliknij tutaj by przeczytać część drugą )

 

[koniec: Dzień Pierwszy, część druga]

 


Część pierwsza - Dzień Pierwszy: samotna podróż
[info]w_szklarni

Podróż zaczęła się w różowym samolocie… Nie, źle.

Podróż zaczęła się na lotnisku, gdy po pożegnaniu rodziny i n:. przeszłam przez bramkę… a właściwie próbowałam przejść.  

Kliknij tutaj by przeczytać część pierwszą )

 

[koniec części pierwszej – Samotna podróż]


Home