Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu: prawdą jest, że albo byłam zbyt zajęta, albo nie miałam weny pisać. Teraz też powinnam robić zadanie domowe, ale prokrastynacja to piękna rzecz...
Historię naszą rozpoczynamy w miejscu, gdzie się urwała, czyli w poprzendini weekend.
Niestety, pchli targ nie do końca się udał. Radość z odzyskania internetu sprawiła, że nieco straciłam poczucie czasu i...
W sobotę mieliśmy zwiedzać miasto. Zbiórka o 12.
Obudziłam się.. co ciekawe, gdzieś po 10 zapukał do mnie Loic spytać się o coś, i stwierdziłam, że wstanę, ubiorę się, pójdę na targ a potem na zbiórkę. Tylko czemu to światło tak razi w oczy... Przymknę je na chwilę.
Chwila trwała do 11:40. Na początku jeszcze się łudziłam, że zdążę przecież ubrać się w 15 minut i w 5 dojść na uniwersytet, ale gdy mój wzrok padł na program okazało się, że zbiórka jest pod Ratuszem.
W centrum.
W programie wycieczki był jednak zamek w związku z czym MUSIAŁAM tam dotrzeć. W metrze, zajadając Ritter Sporta jako śniadanie, spotkałam jeszcze dwie takie sierotki jak ja, i jedna nawet miała kontakt z kimś, kto był na wycieczce (na razie jeszcze nie wszyscy są wyposażeni w telefon miejscowe, i ja też nie byłam). Kiedy dojechaliśmy do Ratusza okazało się, że grupa dopiero ruszyła i dogoniliśmy ich w minutę (potem dowiedziałam się, że przewodniczka też się spóźniła).
Wycieczka nie była na tyle ciekawa, by ją opisywać (zameczek jest uroczy, musze się jescze wybrać zwiedzić podziemne kwatery); dowiedziałam się jednak wreszcie dlaczego Bielefeld nie istnieje.
Co ciekawe, nie znalazłam żadnej informacji po polsku o tym, że Bielefeld nie istnieje (tym, którzy znają angielski polecam google i "bielefeld does not exist" albo "bielefeld conspiracy"). Żeby nie rozwodzić się za bardzo: jest to efektem pewnego eksperymentu socjologicznego w sieci: studenci zastanawial się, jak działają teorie spiskowe i rozpuścili twierdzenie, że Bielefeld nie istnieje. Znalazło ono niesamowicie podatny grunt i wiele ciekwaych teorii spiskowych rozwinęło się przez lata (a uzasadnienie "uniwersytet to tak naprawdę rozbity statek kosmiczny" wcale nie wydaje się tak nierealne; hmm, muszę wreszcie zrzucić zdjęcia na komputer, może jutro to zrobię).
Następny tydzień przebiegł mi spokojnie i leniwie (włączając wyprawy do Reala i inne ciekawe wydarzenia niewarte uwagi). W środę wybrałam się na tae-kwon-do; w miarę mi się podobało, wymęczyłam się bardzo, ale tak naprawdę moją uwagę przyciągnęła capoiera, która zaczęła się potem w tej samej sali; jedynym powodem, dla którego się waham na co jutro iść jest fakt, że caopiera jest od 20:30-22:00...
Niestety, trening okazał się mieć nieprzewidziane skutki; nie wiem na ile bezpośrednie, nie wiem, na ile to po prostu zmęczony organizm dał się zaatakować; faktem jest, że, jak już wiecie, zaatakowało mnie COŚ. Grypa? Przeziębienie? Świńska grypa? Cokolwiek to było, rozłożyło mnie porządnie. W czwartek jeszcze zaczłapałam się do apteki (wydając resztki pieniędzy na leki), w piątek jednak nie byłam w stanie wygrzebać się z łóżka na zajęcia. Piątek i sobotę spędziłam w łóżku, na lekach, oglądając trzecią serię Herosów (lub śpiąc). W niedzielę już wygrzebałam się z pościeli, wciąż jednak nie opuszczałam lokum (i tak nie było po co: zimno a sklepy pozamykane) i zaliczyłam jeszcze parę odcinków Herosów (jestem na końcówce czwartej serii; wciąż jest ciekawie, nie rozłazi się jak Lost/Zagubieni).
Nowy tydzień zaczęłam
z głębokim entuzjazmem (kto w to uwierzy?) z aspiryną w kieszeni, ale rankiem udałam się na zajęcia (zalezy mi na obecności, bo możemy dostać 3 punkty ETCS za te 3,5 tygodnia, pod warunkiem, że będiemy mieć nie więcej niż 4 nieobecności) z nowym prowadzącym. W stanie jeszcze podziębieniowym przespałam 4 dzwonienia budzika i ostatecznie spóźniłam się cztery minuty; prowadzący jednak wszedł 5 minut po rozpoczęciu zajęć, więc nikt pretensji nie miał ;) W przerwie udałam sie do computer labu i upewniłam się, że przelew jeszcze gdzieś się ślimaczy po drodze, więc z resztką gotówki udałam się na poczukiwanie Aldiego, bo ponoć jest jeden biżej, niż w centrum. Ponoć, bo nie znalazłam go; znalazłam za to piękny ogród różany, dwa przystanki od mojego lokum. Przeszłam się po owym ogorodzie (parku?) rozmyślając nad tym, czego dowiedziałam się od innych polskich studentów.
Otóż okazuje się, że wszyscy, których pytałam otrzymują stypendium od września! Ja przy podpisywaniu umowy kilka razy mówiłam, że kurs jest organizowany przez uczelnię, ale koordynatorka powiedziała mi, że umowa obejmuje czas trwania zajęć w semestrze i dlatego moja umowa obowiązuje od 1 października. Nie dziwiłam się, jak dowiedziałam sie od ludzi z Rzeszowa czy Wrocławia, że u nich to wyglądało inaczej (i mają także nieco inną wyskośc stypendium - tu akurat a wygrywam, hehe) ale DWOJE studentów z UAMu też ma stypendium od września. I nie mieli z tym żadnych problemów!
Przyznam, że czuję sie oszukana. Zastnawiam się teraz, czy dochodzić swojego, napisać do głównego koordynatora Erazmusa na uczelni, skoro mój wydziałowy dał tyłka? Tak patrzę w umowę i tu stoi napisane "W przypadku, kiedy udokumentowany zaświadczeniem z uczelni przyjmującej pobyt będzie inny niż w pkt 3. (czyli tam gdzie stoi, że od 1 paździerza) kwota stypendium może ulec zmianie w zaokrągleniu do 1 miesiąca". Otóż mam tu w łapsku papier zaświadczający, że jestem tu od 10 września, a International Office z pewnością nie będzie sprawiało problemów, żeby potwierdzić, że uczęszczam na zajęcia organizowane przez uczelnię. Skoro gniję tutaj i kuję już prawie trzy tygodnie to chyba mam prawo? Proszę, powiedzcie, może ja to źle interpretuję? Te pieniądze naprawdę by się przydały, nie musiałabym dręczyć rodziców przez dłuuuuugi czaaaaas. Hmm, to może ja jednak napiszę; najwyżej powiedzą nie, a z odległości 500 km to mnie nikt nie pogryzie. Chyba.
Wieczorkiem przelew przybył! W związku z czym dzisiaj wybrałam się po zakupy do Reala (poprzednim razem pojechałam tylko sprawdzić, gdzie to jest - jechaliśmy chyba w 10 osób i tylko jedna wiedziała; Aldi i Penny markt może są dobre do pewnych zakupów, ale na porządne trzeba się wybrać do większego marketu) i kupiłam sobie jedzonko. KALAREPKA! Pyszna! *chrup chrup* Wracając zgubiłam się znowu (wsiadłam nie w ten tramwaj co trzeba) i naprawdę, jeszcze dwa-trzy zgubienia się i poznam Bielefeld całkiem nieźle. Połaziłabym nawet, gdyby nie ciężkie siatki i.. deszcz.
Deszcz, plucha, mrzawka - typowo Bielefeldowa pogoda. Trudno uwierzyć, że kilka dni temu słońce świeciło raźno (a ja kisiłam się w domu, chora) a teraz zimno i mokro. Jeszcze nie czuję się zupełnie zdrowa, więc staram się uważać; niestety otwarte okno kusi: Bielefeld znajduje się obok (albo: przeplata się z, jeśli biorąc pod uwagę moje okolice) lasu Teuterburger wald (może się inaczej pisać). Konsekwencje tego są proste: dokoła zielono a powietrze świerze, przyjemnie wilgotne. Teraz, gdy siąpi, powietrze jest niezwykle przyjemne i po prostu aż żal zamykać okno (ale jak się zimno w nocy robi to nie ma wyjścia).
Poza tym: poznajemy się coraz lepiej z naszymi współlokatorami. Aha, dziewczna Tony'ego już dawno wyjechała; pod koniec przestała się zachowywać jak nadopiekuńcza matka (widać przekonała się, że nie pożremy jej chłopaka ;) ) a ja poznałam przyczynę jej dziwnego zachowania: okazało się, że to jej pierwszy poważny związek, milość, która napadła ich niespodziewanie... Cóż, to wiele wyjaśnia, szczególnie, gdy po roku znajomości chłopak wyjeżdża w zupełnie inne miejsce... Na pewno nie jest to łatwe.
Okazuje się, że włoszki lubią trzymać się razem; nie znaczy to, że kurczowo trzymają się siebie, ale, między innymi, uwielbiają razem przygotowywac i jeść posiłki. A, że jednak z tych włoszek mieszka u nas, zdarzyło mi się być zaproszoną na taką ucztę (żeby nie być wrednym wykorzystywaczem rozczęstowałam moją pakę markizów); tak odkryłam pesto: gotujesz sobie makaron i bierzesz pesto ze słoiczka, mieszasz... i jest pysznie! Dziś w Realu kupiłam sobie makaron i pesto z bazylią i zjadłam sobie na obiadek (z dotatkiem tuńczyka; brak jarzyn równoważę właśnie kalarepkową kolacją).
Okazuje się, że z mensy nie korzystam tak często, jak myślałam. Z pomocą puszek, mrożonek i świerzych warzyw można przygotować całkiem pożywny i zmaczny obiadek, a mensa jest dla mnie problematyczna: 2,30 EUR* to całkiem przyzwoita cena za obiad, szczególnie, że to jest do pewnego stopnia szwedzki stół, ale 11-14 to dla mnie trochę za wcześnie na obiad*** - taki, żeby się porządnie najeść, a nie będę płacić 2,30 tylko po to, żeby sobie coś poskubać. W związku z tym do mensy zwracam się w przypadkach lenistwa lub wczesnego ataku Dużego Głoda (wtedy też jako "trzecią salaterkę**" zawsze biorę owoc i zjadam go później, w domu); w innych przypadkach szykuję sobie może i prostszy, ale też i tańszy, obiadek (jak się zacznie rok akademicki to się może zmienić; mogę nie mieć czasu gotować).
Nic, nieubłagalne zbliża się pora zrobienia zadania domowego. Kończę zatem ten wyjątkowo niepoukładany wpis, aby wykorzystać resztki dzisiejszej mocy umysłowej do rozgryzania zawiłości języka niemieckiego. W tym wydaniu błędy gramatyczne i literówki gratis!
[Koniec części ósmej: zamek i zmiana klimatu]
[Objaśnienia:]
*2,30 EUR to cena dla studenta za posiłek w mensie Hochschule cośtam. Na moim uniwerku także znajduje się mensa, ale po pierwsze trzeba za nią płacić kartą, która jest problematyczna (trzeba ją ładować w okienku a potem mensa i ksero zjadają z niej pieniądze), kolejki są dość upierdliwe a wolność wyboru ogranicza się tylko do menu (3-5 w tym wegetariańskie i eintopf); fakt, że cena jest minimalnie niższa (1,50 za eintopf, 1,80-2,50 za inne) niestety nie usprawiedliwia jakości jedzenia: jest ono dokładnie tym, z czym kojarzy mi się określenie "jedzenie stołówkowe", czyli przedział od "niejadalne" do "da się ujeść, ale po co". W Hochschule natomiast to zupełnie inna bajka**.
** W Hochschule 2,30 to stała cena za obiad. Za tą cenę możemy sobie wziąć jedno danie glówne (zazwyczaj 4-5 do wyboru w tym jakies mięsko, rybka i wegetariańskie) i trzy małe salaterki. Do małych salaterek możemy włożyć wszystko; "wszystko" zazwyczaj obejmuje: kilka rodzajów ryżu, kaszy, makaronu (z rożnymi sosami, warzywami itp.) ziemniaki w różnych formach - od gotowanych przez frytki i pieczone do zapiekanych w sosie, surówkę, sałatę (i sosy do tego), czasem (a może i zazwyczaj?) deser, zupę oraz owoc (do wyboru z kilku rodzajów: banany, kiwi, jabłka, nektarynki, śliwki itp.). Z tego co zauważyłam można sobie mieszać (oczywiście, że musiałam wziąć po troszku z prawie wszystkiego, żeby sprawdzić jak smakuje) w miseczkach z jednym wyjątkiem: jeden owoc to równowartość jednej miseczki. Wszysko jest bardzo dobre i jeśli coś nie smakuje, to jest to kwestia gustu, nie przygotowania. Tak naprawdę jest to cudowna oferta i pewnie w końcu będę korzystać dość regularnie, jak zajęcia zaczną się na dobre. Problem w tym, że ***.
***Zajęcia mamy obecnie 8:30-12 z półgodzinną przerwą koło 10. Zazwyczaj zjadam jakieś śniadanie właśnie na tej przerwie. Wiele osób idzie do mensy prost po zajęciach; dla mnie do za wcześnie na obiad, ale jak już nie pójdę, to samemu jakoś tak sie nie chce, i ostatecznie jem w domu. Z drugiej strony mensa mnie pociąga, bo oferuje dużą różnorodność jedzenia, jakiej nie uzyskam sama szykując posiłki... Teraz się tak zastanawiam, czy nie jest dobrym pomysłem jednak jeść tam, wcześniej, ale wziąć 2 owoce (i jedną miseczkę) i mieć je na później...